Apple Homepod

Miłosz Bolechowski

czas czytania: 24 min
Poniższy artykuł jest fragmentem większej całości, opublikowanej jako „cudawianki 2018” — klikając w ten link, możesz zobaczyć całość.
Podobnie jak w przypadku słuchawek, tak i tu będę się w tekście odnosił do pewnych utworów — wszystkie znajdują się w playliście, zarówno w Apple Music, jak i Spotify

Z HomePodem mam pewien problem. Nie, wróć. Z opisem HomePoda mam pewien problem. (O, tak lepiej). Uważam bowiem, że to urządzenie należy rozpatrywać w trzech osobnych kategoriach:

  • jako asystent głosowy (czy też smart speaker), obsługujący Siri,
  • jako głośnik do słuchania muzyki jako czynności,
  • jako głośnik do słuchania muzyki w tle.

Żeby nie przedłużać tej i tak już niekrótkiej publikacji, pierwsze dwie potraktuję dość pobieżnie, skupiając się na trzeciej, bo właśnie tę rolę pełni on w moim domu.

Dla tych, którzy nie wiedzą — czym HomePod w ogóle jest? To — niedostępny jeszcze w Polsce — głośnik marki Apple. Tak, ci od telefonów (wcześniej „ci od komputerów”) zabrali się za budowę głośnika. Dość niezwykłego, zresztą, ale o tym później. Jako wielbiciel produktów tej marki oraz miłośnik muzyki (i „umiarkowany audiofil”), byłem zaintrygowany od dnia premiery. Tym bardziej, że Apple przedstawiała go jako właśnie głośnik do muzyki — nie smart speaker czy „głosowy asystent”. Bo choć potrafi wiele innych rzeczy, to został stworzony do wypełniania pomieszczeń muzyką. I, owszem, jest to zamknięty system — w pełni wspierany jest wyłącznie Apple Music (Spotify, Tidal itp. tylko za pomocą AirPlay 2, o czym więcej za chwilę), ale dla kogoś, kto ma ponad 4500 albumów w iTunes i kilkadziesiąt ręcznie opracowanych playlist, jest to niewielkie ograniczenie.

Nawiasem; sama jego premiera, pojawienie się na rynku i późniejsze aktualizacje po raz kolejny udowadniają mi w jak ciekawych żyjemy czasach. HomePod trafił do sprzedaży w lutym ubiegłego roku, w maju otrzymał wsparcie dla AirPlay 2 i możliwość łączenia dwóch HomePodów w stereofoniczną parę (co było obiecane już podczas zapowiedzi), a we wrześniu został wzbgacony o możliwość wyszukiwania muzyki na podstawie fragmentu tekstu (pewnie znacie ten moment, w którym pamiętacie tekst, a nie jesteście w stanie przypomnieć sobie tytułu czy nawet wykonawcy?) oraz „nauczył się” uruchamiać kilka „minutników” (timerów) jednocześnie, co było sporym ograniczeniem od początku. I, owszem, można się z tego śmiać, że na tak podstawową funkcję trzeba było czekać aż tyle czasu, ale z drugiej strony przypomina mi to sytuację z moim zegarkiem biegowym (Garminem Fenixem 3), który przez miesiące od premiery dostawał nowe funkcje dzięki aktualizacji oprogramowania. Ba! Nawet wczoraj — po niemal czterech latach (!) od zakupu — otrzymał on kolejną aktualizację. Tak nam się rozwinęła technologia i tak urosła rola oprogramowania w sprzęcie, że kupując dany produkt możemy się spodziewać, że jego możliwości zostaną poszerzone z czasem. Sceptycy pewnie powiedzą, że to wszystko przez pęd producentów, którzy nie chcą prezentować swoich produktów później niż konkurencja, oferują coś w rodzaju publicznej wersji beta. Tak, że kupujemy nie tyle gotowy produkt, a jedynie jego zapowiedź. Tak jak napisałem na początku; żyjemy w ciekawych czasach.

Wracając jednak do tematu; kupiłem ten głośnik z kilku powodów. Zaintrygował mnie; zarówno jego forma, jak i technologia wewnątrz. Ponadto, odkąd mamy synka (którego obecność pociągnęła za sobą zmiany w zagospodarowaniu pomieszczeń, a nawet stworzenie nowych), moje kolumny (takie, wiecie, zwykłe prostopadłościany na metalowych standach) zostały schowane i w tej formie pozostają już czwarty rok.

I choć żadną miarą nie mogę narzekać na swoje „słuchawkowe życie”, to jednak z czasem zrozumiałem jak bardzo brakuje mi muzyki …wypełniającej pomieszczenie. Bo choć Tivoli Model One spełniał swoje zadanie, umilając czas muzyką w tle, to jednak nie był w stanie być niczym poza taką soniczną tapetą.

HomePod miał to zmienić. Kupiłem go w drezdeńskim Apple Store po próbnym odsłuchu, który — patrząc z perspektywy czasu — niewiele mi dał. Może poza tym, że jeden ze sprzedawców powiedział, że takiej muzyki w salonie jeszcze nie słyszeli :)

Po wyciągnięciu z pudełka (nawiasem; wiem, że wielokrotnie śmiałem się tu z różnych unboxingów, ale gdybym miał już kiedyś jakiś zrobić, to HomePod byłby pierwszym produktem, o jakim bym pomyślał — tak był zapakowany!) zrobił na mnie większe wrażenie niż w salonie czy na zdjęciach w sieci. Jego forma jest bowiem bardzo elegancka, ale on sam — w odróżnieniu od innych produktów Apple — jest zaprojektowany tak, żeby wtopić się w otoczenie, zamiast się z niego wyróżnić czy przykuć uwagę. I na końcu mojego kuchennego blatu, przy białej ścianie — robi to doskonale.

HomePod waży 2,5 kilograma, co — biorąc pod uwagę jego niewielkie rozmiary — zapowiada ciekawe wrażenia. Nie licząc dolnej i górnej krawędzi, pokryty jest gąbczastą siateczką, która jest „akustycznie przeźroczysta”. Na górnej powierzchni — która niemal w całości jest dotykowa — ukryty jest wyświetlacz (choć tylko z technicznego punktu widzenia); nie jest on w stanie wyświetlić np. okładki słuchanego albumu, ale informuje o statusie urządzenia. Gdy Siri słucha, wyświetla się na nim charakterystyczna dla niej animacja, a podczas odtwarzania podświetlone są przyciski „plus” i „minus”, służące — rzecz jasna — do manualnego ustawienia głośności (każde tapnięcie zmienia ją o 5%).

Podstawa z kolei, której zadaniem jest tłumienie drgań (przynajmniej tych mikro, jak sądzę), wykonana jest z czegoś silikono–podobnego, co bardzo wcześnie zostało uznane za potężną wadę, bowiem na pewnych rodzajach drewna zostawia białe, okrągłe ślady. Oczywiście, mój regularnie olejowany, dębowy blat kuchenny należy do tego „pewnego rodzaju drewna”, więc szybko się przekonałem jak to wygląda.

Gdyby nie fakt, że przenoszę czasem HomePoda między pomieszczeniami u siebie, pewnie nie przeszkadzałoby mi to za bardzo, bo przecież sam głośnik zakrywa to sobą, a dodatkowo bardzo łatwo jest się tego pozbyć — kolejne olejowanie powierzchni załatwia sprawę.

Jako że używam go jednak czasem w pracowni, dokupiłem drewnianą podstawkę Grovemade, która …też zostawia podobny ślad, ale jednak znacznie mniej rzucający się w oczy.

Na obronę HomePoda dodam tylko, że konkurencyjne produkty (marki Sonos czy Google) robią dokładnie to samo.

Z zewnątrz widoczny jest też przewód. Jeden. Jedyny. Ten, służący doprowadzeniu zasilania z gniazdka. Cała reszta odbywa się bowiem bezprzewodowo. Nie ma żadnego wejścia liniowego, optycznego — nic. Nie ma więc żadnej możliwości, żeby podłączyć doń posiadany już wzmacniacz czy np. gramofon. Tylko bezprzewodowo i tylko AirPlay, co w praktyce oznacza — wyłącznie urządzenia Apple (smartfony z Andoidem są w stanie obsłużyć ten protokół za pomocą jednej z kilku aplikacji, ale nie wiem nic więcej ponad to). Domyślam się, że dla części może to być ograniczeniem, ale z drugiej strony myślę sobie, że nawet iPod Touch (6. generacji) zaprzęgnięty do takiej roli w domu, z powyłączanymi wszystkimi aplikacjami poza Apple Music, Spotify, Tidal itp. mógłby stać się użytecznym pilotem/centrum sterowania HomePoda lub HomePodów nawet.

Cała „technologiczna magia” kryje się jednak wewnątrz tego urządzenia — tam okazuje się bowiem, że nie jest to po prostu głośnik, a raczej napakowany technologią komputer (napędzany tym samym układem co iPhone 6) z wieloma przetwornikami i niekonwencjonalnymi (czy nawet bezprecedensowymi) rozwiązaniami. Patrząc od góry jest tam zatem 10–centymetrowy głośnik o niespotykanym skoku (20 mm), odpowiadający za reprodukcję najniższych tonów, który — w odróżnieniu od bodajże wszystkich głośników niskotonowych na rynku — skierowany jest ku górze, co — przynajmniej w teorii — utrudnia mu zadanie. Poniżej jest 6 mikrofonów, służących nie tylko do słuchania komend kierowanych do Siri, ale przede wszystkim do „korekcji pomieszczenia”. Jednym z głównych założeń powstania HomePoda była możliwość postawienia go w dowolnym miejscu pomieszczenia, a technologia — za pośrednictwem analizy sygnałów z tych właśnie mikrofonów — miała zająć się resztą, czyli określeniem a jakiej odległości od jakich ścian/obiektów znajduje się HomePod i jak to powinno wpłynąć na dźwięk, który generuje. Jak dotąd, na rynku pojawiły się tylko dwie pary kolumn, podchodzące do tego w podobny sposób — B&O Beolab 90 oraz prototypowy Lexicon SL–1 — cena tego drugiego nie jest znana (choć w światku mówi się o „astronomicznych kwotach”), a ten pierwszy kosztuje grubo ponad 100000 zł. Za sztukę. Jeśli więc w dalszej części artykułu napiszę gdzieś o „niespotykanej technologii”, właśnie to będę miał na myśli.

Poniżej znajduje się 7 kolejnych głośników, które Apple na stronie nazywa „wysokotonowymi” (co pewnie doprowadza inżynierów audio do furii), choć obejmują swoim zakresem znacznie większą część pasma, a każdy z nich ma swój własny wzmacniacz. To właśnie po to, żeby „mózg” HomePoda mógł sterować każdym z nich z osobna np. po to, żeby niepotrzebnie nie odbijać dźwięku od ściany czy narożnika. To jednak nie koniec; głośniki te są skierowane do wnętrza obudowy — dźwięk z nich „ześlizguje” się z umieszczonej wewnątrz tuby i wydostaje się na zewnątrz przez dolną część głośnika, prawdziwie dookólnie.

I nawet to nie jest nie opisuje wszystkich technologicznych niuansów jakie związane są z tym głośnikiem. Dla przykładu; HomePod ma też wbudowany akcelerometr — takie sam układ, jaki np. decyduje czy trzymasz iPhone’a w pionie czy w poziomie — i za każdym razem, gdy wykryje on ruch (podczas np. zmiany lokalizacji), automatycznie przekalibrowuje się do nowego ustawienia w pierwszych sekundach odtwarzania muzyki.

To tyle w kwestii opisu samego urządzenia. A jak on sprawdza się w praktyce? Zgodnie z tym, co napisałem we wstępie — zacznę od roli „głosowego asystenta”.

Głosowy asystent

Zatem co HomePod potrafi? Poza głosowym sterowaniem muzyką, o którym więcej za chwilę, odtwarza też podcasty, zarządza urządzeniami „domowej automatyki” (czyli tymi, które „widzi” aplikacja Home), potrafi ustawić budzik, minutnik (a nawet kilka, co przydaje się w kuchni, gdy gotuje się lub piecze kilka rzeczy jednocześnie), sprawdzić prognozę pogody, dokonać konwersji jednostek, rozwiązać podstawowe działania matematyczne, sprawdzić wyniki rozgrywek sportowych, a także (swojemu właścicielowi) dodawać zadania do listy rzeczy do zrobienia czy produkty do listy zakupów, wysyłać wiadomości w jego imieniu, dyktować notatki czy — wreszcie — obsługiwać niektóre ze skrótów z systemowej aplikacji Shortcuts (uff, chyba wypisałem wszystko). Wszystko głosowo. I, wszystko w języku angielskim (lub innym dostępnym) — Siri nadal nie rozmawia po polsku, stąd pewnie też brak tego głośnika w ofercie dla naszego kraju.

Wracając do sterowania muzyką; oczywiście dotyczy to wyłącznie Apple Music i, prawdę powiedziawszy, uważam, że ta subskrypcja (choćby na rok) powinna być w cenie głośnika. Nie twierdzę, że bez niej jest bezużyteczny, ale z pewnością wiele traci. Będąc użytkownikiem Apple Music ma się bowiem dostęp do 50 milionów utworów. I, oczywiście, liczba może robić wrażenie, ale po pierwsze — konkurencja (np. Spotify) ma podobnie, a po drugie — przy tak dużej ilości dochodzi do czegoś, co nazywa się paradoksem wyboru, zwłaszcza, nie widząc przecież okładek przed sobą. Mając w swoim iTunes raptem 4500 albumów i widząc okładki, wielokrotnie nie wiedziałbym co włączyć. Dlatego lata temu stworzyłem sobie playlisty (których teraz mam kilkadziesiąt), które bazują na moim nastroju, porze dnia, porze roku nawet czy czynności, jaką wykonuję. Przez lata ręcznie je aktualizowałem i „dopieszczałem”, co kosztowało mnie wiele czasu i wysiłku. Dziś jednak wystarczy subskrypcja Apple Music i HomePod, żeby móc włączyć np. coś relaksacyjnego i to nawet mając zajęte ręce, mówiąc tylko „Hey Siri, play me something soothing” (na co odpowiada np. „Aaa, I think you’ll like this vibe”). A to nie wszystko; Siri nie włączy bowiem wtedy jakieś wcześniej stworzonej przez kuratorów playlisty (choć takie, oczywiście, też są), tylko bazując na zawartości biblioteki danego użytkownika, jego polubień czy częstotliwości słuchania konkretnych utworów oraz artystów, odtworzy te utwory, które uzna, że pasują. I, jak to zawsze bywa w kontakcie z algorytmami, im dłużej się tego używa, tym trafniej Siri potrafi wybrać, układając niekiedy playlisty, w których nie przeskakuję żadnego utworu.

Zwrotów jest oczywiście cała masa; od „play me something for unwind” przez „play some jazz” czy moje ulubione „play something I like” aż po „play me something for dinner party” (na to ostatnie zdarza się jej odpowiedzieć „oh, we’ve got some company! Let’s check this out”, co potrafi wywołać uśmiech). Poza takimi „wyzwalaczami” można zapytać Siri kto wykonuje uwtór, który właśnie jest odtwarzany, poprosić o inne jego/jej utwory, zapytać kiedy dany utwór został wydany czy inne informacje na jego temat.

Stare, dobre playlisty nadal się jednak sprawdzają i to nie tylko w sytuacjach, w których chce się mieć całkowitą kontrolę nad tym, co będzie odtwarzane, ale także gdy artysta lub utwór ma nazwę trudną do wymówienia — nie sądzę, żebym dał radę przekonać Siri, żeby włączyła mi „þÚ Ert Jörðinł” Ólafura Arnaldsa.

I, owszem, sterowanie głosem może wydawać się mało intuicyjne lub po prostu dziwne, gdy z łatwością możemy wyciągnąć z kieszeni telefon czy sięgnąć po tablet, żeby włączyć, co chcemy. Zgadzam się z tym, choć sytuacja wygląda inaczej, gdy np. wchodzę do domu obładowany zakupami, kroję pieczarki potrzebne do obiadu czy układam z synem zielonego krążownika z Lego, siedząc na dywanie. W tych sytuacjach jest to — nie chcę powiedzieć niezastąpione, ale na pewno — bardzo wygodne.

Rzecz jasna w podobny sposób steruje się głośnością — i to na kilka sposobów; „hey Siri, volume up”, „hey Siri, turn the music up to 40” (co zrozumie jako procenty) lub nawet „hey Siri, volume 85”, na które odpowie „That’s very loud. Are you sure?”. Przy okazji głośności; mikrofony w HomePodzie są nie z tej ziemi. Potrafią usłyszeć „Hey Siri” powiedziane normalnym, konwersacyjnym głosem, nawet gdy muzyka gra naprawdę głośno i wydaje się, że nie ma szans, żeby HomePod to usłyszał. A jednak.

A co jeśli nie korzysta się z Apple Music w ogóle? Wówczas pozostaje streamowanie muzyki z telefonu, tabletu, Apple TV czy komputera za pomocą AirPlay 2. Nie można wprawdzie zainicjować tego głosem (choć pokażę poniżej mały trick, jak to obejść), ale gdy już jest odtwarzane, można nadal sterować głośnością, przeskakiwać utwory czy zatrzymywać odtwarzanie za pomocą komend głosowych. Bez problemu można zatem używać HomePoda jako głośnika do Spotify, Tidala, Netflixa, YouTube’a czy klientów podcastów jak Overcast czy Castro. Potrzebne jest jedynie jakieś urządzenie pośrednie, które najczęściej i tak już mamy (a jeśli nie, ponownie podpowiem, że iPod Touch może się świetnie sprawdzić w takiej roli). Co więcej, gdy odtwarzanie zostało zainicjowane np. z iPhone’a, to jego boczne przyciski głośności regulują wówczas natężenie dźwięku z HomePoda, a „przyciski” play/pause oraz forward/back na jego zablokowanym ekranie kontrolują to, co ów HomePod odtwarza.

Wracając jednak do samego działania Siri; ku własnemu zaskoczeniu używam jej na co dzień częściej niż zakładałem. Poza opisanym sterowaniem muzyką, mówię do niej głównie w celu dodawania zadań do listy i dodawania produktów spożywczych do współdzielonej listy zakupowej, używania minutników w kuchni, włączania podcastów z Overcast (za pomocą Shortcuts) i przeskakiwania rozdziałów w nich czy — co okazało się moją ulubioną funkcją — sterowania oświetleniem w domu, za pomocą wcześniej utworzonych scen. Mówię więc „Hey Siri, I’m home”, żeby część lamp zapaliła się na 70%, pozostałe na 40% mocy — wszystkie w temperaturze 2700 K. Scena „I’m reading” zapala lampkę nad sofą na 80% (również w temperaturze 2700 K) i pozostałe na 20% z ustawioną temperaturą barwową na 2200 K, a „playtime” zapala wszystkie na 100% (łatwiej wtedy znaleźć zgubione Lego na dywanie). Jest też scena (a właściwie shortcut) „I’m leaving”, która — rzecz jasna — gasi je wszystkie i wyłącza muzykę. Wiem, że to może wydawać się osobliwe — pewnie sam czytając o czymś takim przewróciłbym oczami raz czy dwa — ale za każdym razem, gdy tego używam, czuję się jakbym żył w przyszłości.

Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolony z tej roli, jaką HomePod odgrywa w moim domu — włączam bowiem muzykę w sytuacjach, w których nie włączałbym, gdybym go nie miał (powrót do domu — scena niczym z jego pierwszej reklamy — rzeczywiście jest najczęstszą z nich). I nie uważam, żeby sięgnięcie po telefon i zainicjowanie odtwarzania z niego było jakimś problemem, ale zawsze chętnie korzystam z rozwiązań, pozwalających na używanie ekranu jeszcze rzadziej. I, nie ukrywam, czuję dumę, gdy mój syn nie ma pojęcia, że mógłby obejrzeć cokolwiek na telefonie, bo nigdy tego nie robił, a potrafi powiedzieć „Hey Siri, play Muchacho by Kings of Leon”. I czasem nawet go rozumie.

Nie jest jednak tak całkiem kolorowo, bo urządzenie to — z oprogramowaniem w obecnej formie — ma sporo wad. Przede wszystkim, mimo że promowane jest jako głośnik domowy (ma nawet „Home” w nazwie), to — podobnie jak iPhone czy iPad — jest jednak stricte personalny. Bo tak, jak na iPadzie nie ma możliwości stworzenia kont użytkowników, tak HomePod nie potrafi obsługiwać kilku iPhone’ów jednocześnie. Z tym jednak mógłbym żyć, bo jest to dość zrozumiałe. Tyle, że wiąże się to także z reakcją na „Hey Siri”. Podczas pierwszej konfiguracji tej usługi w telefonie użytkownik pięciokrotnie musi powiedzieć „Hey Siri”, żeby system nauczył się sposobu, w jaki jest to wypowiadane, żeby możliwie skutecznie reagować. Gdy więc po raz pierwszy uruchomiłem HomePoda i byłem oczarowany tym, że zawsze słyszy moje „Hey Siri”, okazało się, że w przypadku mojej żony, ta skuteczność spadała do mniej więcej 40%. Wyobrażacie sobie jak bardzo musi to być zniechęcające? Pomyślałem więc, że spróbuję „oszukać” system i jeszcze raz przeprowadzić swoje pięć prób w konfiguracji „Hey Siri”, prosząc jednak żonę, żeby dwukrotnie wypowiedziała je ona. To poprawiło jej skuteczność do ok. 65%, ale moja do tych samych 65% spadła. Więc raczej nie do końca win–win. Nie rozumiem dlaczego nie ma obecnie możliwości nauczenia HomePoda sposobu wypowaidania „Hey Siri” przez dodatkowe osoby. Pocieszam się tylko tym, że gdy pojawiło się Face ID, początkowo również tylko rozpoznawało tylko jedną twarz. A idąc krok (no dobra, kilka kroków) dalej, wyobrażam sobie, że ten sam system w przyszłości mógły nie tylko „nauczyć się kilku osób”, ale i rozpoznając daną osobę, przełączać się do jej „profilu” i tym samym odczytywać jej wiadomości czy włączać utwory do niej dostosowane (obecnie algorytmy mojego Apple Music są „karmione” danymi bardziej „domowymi” niż faktycznie „moimi”).

Pomijając nawet kwestię kilku użytkowników, nadal zdarza się, że Siri nie rozumie usłyszanej komendy lub rozumie ją opacznie (ileż to razy włączyła mi utwór tak odmienny od tego, co poprosiłem, że zachodziłem w głowę jakim cudem mogła usłyszeć ten tytuł z tego, co faktycznie wypowiedziałem). Nadal jest też bardzo ograniczona jeśli chodzi o komendy łączone — włączenie muzyki i oświetlenia jedną komendą praktycznie jest niemożliwe. Oczywiście, problemem wciąż jest tzw. cross–talk — ja mówię „Hey Siri” i zaczynam komendę, a w tym samym pomieszczeniu żona rozmawia przez telefon i Siri próbuje z jej rozmowy wyłapać jakieś instrukcje. Przydałaby się też obsługa automatyzacji bez dostępu do Siri Schortcuts — co z tego, że jestem w stanie „nauczyć HomePoda” pewnych tricków za pomocą Shortcuts w moim telefonie, jeśli skoro mnie nie będzie, to żona — używając tych samych komend — nie będzie w stanie zrobić tego samego?

Takich braków jest więcej; można ustawić alarm na określoną godzinę, ale nie można zrobić tego w taki sposób, żeby uruchomił wtedy dany utwór czy playlistę — wyłącznie alarm. Dlaczego? Co stoi na przeszkodzie? Nie rozumiem. Chętnie zobaczyłbym też opcję, pozwalającą na automatyczne ściszenie muzyki w tle, gdy odbieram połączenie. Przecież HomePod jest stale połączony z moim telefonem, powienien wiedzieć co się tam dzieje — a jednak zanim odbiorę, muszę ściszyć go samemu.

Jest też jedna rzecz z zakresu samego projektowania użytkowego HomePoda, z którą nie mogę się zgodzić. Wspominałem już, że Siri daje znać, że słucha animacją na górnej ściance urządzenia. No właśnie; żeby to zobaczyć, trzeba stać wyżej niż ono, żeby upewnić się, że usłyszała „Hey Siri”. Gdy więc HomePod stoi na blacie o normalnej wysokości, a ja siedzę na sofie — co wydaje się całkiem powszechnym scenariuszem — nie ma szans, żeby tę animację zobaczyć. Wolałbym więc żeby ta aktywność była prezentowana w sposób, który pozwoliłby mi upewnić się, że mogę kontynuować komendę zamiast robić to niekiedy na darmo. Wyjściem z sytuacji jest odczekanie dwóch, może trzech sekund po „Hey Siri” — jeśli usłyszała, zachęci czymś w rodzaju „Mhm?”. Ale mimo wszystko; konkurencja w tej materii jest jednak lepsza (nie to, żebym chciał mieć niebieski pasek ledowy dookoła HomePoda, ale…).

Przy okazji; po publikacji informacji o mojej nowej klawiaturze, wiem, że wielu z Was przypadły do gustu komentarze mojej żony na jej temat. Jako że HomePoda używamy (jakby) wspólnie, planowałem i tu dodać jej uwagi. Niestety, nie przeszły cenzury. Dość powiedzieć, że wszystkie opisane powyżej wady, tak bardzo skreśliły to urządzenie w jej oczach, że szczerze go nie znosi w tej roli.

Brzmienie

No dobra, co najmniej 10 minut czytania za Wami, czas w końcu napisać coś o tym jak HomePod brzmi. I cóż, zacznę dość przewrotnie — nie umiem słuchać muzyki z HomePoda. „Słuchać” w sensie „usiąść w fotelu i słuchać”, jako czynności. Mimo wszystkich tych technologicznych czarów, jakie się w nim odbywają, nie zmienił mojego nastawienia, nie przełączył pewnego przełącznika w mojej głowie — nadal uważam, że jednopunktowe źródła dźwięku służą do muzyki w tle. Zatem do czasu, w którym pojawi się u mnie drugi HomePod, wstrzymam się od opisu go w tej roli. A drugi się pojawi, bo…

…HomePod w tle brzmi fantastycznie.

(W pierwszej chwili napisałem nawet „fenomenalnie”, ale w moim odczuciu oznaczałoby to, że nie mam do niego uwag, a mam, więc zostańmy przy „fantastycznie”).

To, co robi wrażenie już w pierwszych sekundach odsłuchu to zupełnie niespodziewana przestrzeń — znacznie większa i głębsza niż można być oczekiwać z jednego głośnika. Dźwięk z niego jest też znacznie większy niż sugerowałby jego rozmiar; jest zupełnie pozbawiony „pudełkowości” znanej z innych głośników o podobnym rozmiarze. Dzięki temu — zgodnie z treściami w materiałach promocyjnych — bez trudu wypełnia pomieszczenie muzyką.

I, rzeczywiście, robi to w taki sposób, że nie trzeba znajdować się w odpowiednim miejscu pokoju, żeby trafić w punkt, w którym głośnik brzmi najlepiej (tzw. sweet spot). Dotyczy to jednak nie tylko pozycji słuchającego, ale też samego głośnika. Można go dowolnie przestawiać w pomieszczeniu i przy każdej zmianie lokalizacji HomePod ponownie tak ustawi swoje parametry odtwarzania, żeby było optymalnie. Zatem, istotnie, można postawić go po prostu tam, gdzie najbardziej nam odpowiada (choćby wizualnie), a technologia zajmie się resztą.

Druga rzecz, którą słyszy się od razu, to wspaniała separacja instrumentów — jeśli tylko nagranie jest dobrze zrealizowane, nie ma problemów z odróżnieniem poszczególnych instrumentów, nawet w dużych składach. Większość znajomych zwracała na to uwagę, mówiąc, że brzmi on bardzo „czysto”. I na „czystość” tego brzmienia składa się właśnie ta wspomniana rozdzielczość oraz dynamika — i to zarówno w skali mikro, jak i makro.

Oznacza to, że bez względu na poziom głośności, słychać tak samo dużo szczegółów i dźwięk jest tak samo angażujący. W skali makro jest to zadziwiające, ponownie biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary samego HomePoda; można bez problemu słuchać na poziomie 80% bez słyszalnych zniekształceń, a wierzcie mi — poziom 80% w ok. 25m2 pomieszczeniu to w mojej ocenie nic innego jak „impreza”. I to taka, która odbywa się po wcześniejszym upewnieniu się, że za ścianą nie ma sąsiadów tego wieczora. Taka, w której trzeba mówić do siebie podniesionym głosem, mimo że stoi się tuż obok.

Mnie dużo bardziej ciekawił jednak drugi kraniec skali, czyli mikrodynamika. Nie wiem czy uda mi się to dobrze napisać, ale …nasze mieszkanie jest ciche. Po prostu. Nigdy nie mieliśmy telewizora, a pewnie nawet gdybyśmy mieli, to nie byłby włączony w tle. Gdy więc nie jest włączona muzyka, jest u nas cisza. Wiadomo, że 3–latek robi swoje (choć i tu trafił nam się jakiś niegłośny egzemplarz), ale nadal często znajomi zwracają uwagę, mówiąc „ale u Was jest cicho”. Gdy więc włączamy muzykę w tle, ona również nie jest głośno — zostawia miejsce na wspólną rozmowę czy przeczytanie opowiadania dziecku. Nawet teraz, pisząc to w słoneczne przedpołudnie, będąc samemu w mieszkaniu, aktualny poziom głośności z HomePoda to 17%. Wieczorami zdarza nam się słuchać na poziomie 12%, a do zaśnięcia — 8%. I właśnie w tej materii głośnik Apple robi na mnie największe wrażenie. Różnica między nim a Tivoli Model One, który dotychczas nam do tego służył, to przepaść. Są absolutnie nieporównywalne.

I nie są to wyłącznie moje wrażenia. Miałem ostatnio kilka spotkań z przyszłorocznymi parami, podczas których czas umilała nam muzyka z HomePoda. Dwukrotnie zostałem zapytany „co to tak przyjemnie gra?”, a po wskazaniu tego białego cylindra, następowało pytanie „a co to jest?”.

Oprócz tego, że jest po prostu przyjemnie, słychać zaskakująco dużo jak na tak ekstremalnie niskie poziomy głośności. Tak, jakby przejrzystość dźwięku zupełnie nie była powiązana z jego głośnością (normalnie jest właśnie przeciwnie — potrzeba naprawdę dobrych głośników, żeby cieszyć się dobrą mikrodynamiką).

Jest to ściśle powiązane z charakterystyką HomePoda, co do której w Apple podjęto kilka ciekawych decyzji. Przede wszystkim, nie jest ona płaska. Nawet nie stara się być. Przede wszystkim wyraźnie słychać podbicie górnej średnicy (prawdopodobnie mające na celu „wybicie” się wokalu, co w połączeniu z ukierunkowaniem poszczególnych fragmentów pasma w inne strony ma stworzyć jeszcze większe wrażenie głębi i przestrzeni) oraz podbicie górnego zakresu niskich tonów (okolice 150, może 200 Hz), co z kolei wpływa na efektowność (żeby nie powiedzieć „efekciarstwo”) dźwięku. Wystarczy bowiem włączyć np. Trentemøllera czy Moderata, żeby każdy fan dobrej elektroniki powiedział „wow”.

Z basem w ogóle jest tu ciekawie, bo gdy tylko jest on zarejestrowany w utworze, nigdy nie mógłbym powiedzieć, że jest go za mało (a z takimi opiniami spotkałem się w innych tekstach — nie wiem czego ci ludzie słuchają); początek „Nie wrócisz” rodzimego Xxanaxxu brzmi wręcz niewiarygodnie dobrze. Podobnie to jak ów bas „rozlewa” się w „Belong to the World” amerykańsko–sudańskiego rapera Oddisee. Nawet teraz, gdy w tle leci moja playlista do pisania — aktualnie „Greyscale: Colour” z Monument Valley 2 Todda Bakera — nie mam pojęcia jak ludzie mogą chcieć więcej basu.

Jeśli już, to czasem życzyłbym sobie, żeby nieco zmniejszyć natężenie tego zakresu; coś w stylu „dobra, głośniku, usłyszałem co potrafisz, ale na tę płytę odpuść trochę i zmniejsz dół o jakieś 10%” (np. w „Lovers Rock” Sade). Apple — jak to Apple — nie daje nam żadnej możliwości korekcji dźwięku, więc pozostaje to w kwestii życzeń (choć mam ogromną nadzieję, że — jako że podobnie–sobie–życzących jest więcej — zostaniemy wysłuchani). Nie jest to jednak duży problem w muzyce akustycznej — klasyk „Love is Here to Stay” w duecie Houstona Persona i Rona Cartera brzmi wprawdzie „głęboko”, ale mieści się w granicach moich norm, tym bardziej, że całość jest bardzo przyjemna.

Co warte zanotowania; mimo że głośnik niskotonowy skierowany jest ku górze, to ze względu na to jak niskie częstotliwości potrafi wygenerować, postawienie go na tej samej powierzchni, przy której się pracuje (czyli np. na biurku) — w mojej opinii — nie ma szans się udać. Drgań i wibracji jest po prostu zbyt dużo. Może kto inny miałby na nie większą tolerancję — ja nie dałbym rady tak pracować.

Wracając do samego brzmienia; przez te kilka miesięcy użytkowania, miałem okazję przesłuchać na nim większość albumów czy gatunków, których byłem ciekaw i jeśli miałbym to jakoś podsumować, to wcale nie jestem przekonany, że są jakieś konkretne gatunki, które brzmią dużo lepiej niż pozostałe. Owszem, fani elektroniki czy bardziej tanecznych odmian popu nie będą mieli pewnie żadnych uwag do brzmienia, ale i w wokalnym jazzie spisuje się doskonale (pierwszy album Nory Jones ogromnie mnie tu zaskoczył), a nawet — co powinno być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę niepłaską charakterystykę — fortepian brzmi bardzo dobrze. Pozostałe gatunki nadal brzmią jednak co najmniej zadowalająco, choć np. w rocku — jak zawsze — duże znaczenie ma jakość samej realizacji (choć rozdzielczość i separacja instrumentów w HomePodzie jest w stanie trochę tu pomóc). Nie udało mi się jednak znaleźć niczego, co brzmieniowo zdyskwalifikowałoby ten głośnik.

Włączyłem na nim też znany utwór „Hallelujah” Jeffa Buckley’a — ckliwy, ale jednocześnie surowy z ogromnym ładunkiem emocjonalnym; jest on swego rodzaju testem u mnie — musi bowiem zabrzmieć dobrze, żebym coś poczuł.

Miałem ciarki.

I ponownie wrócę do tematu przestrzeni; to, co robi ten głośnik jest niezwykle wciągające. Owszem, wymaga to (przynajmniej ode mnie) pewnego przestawienia się na fakt, że muzyka wydobywa się tylko z jednego punktu, ale słychać i czuć, że dzieje się tu jakaś magia, jakieś technologiczne oszustwo. I nie jest tak, że Apple chce w jakiś sposób oszukać słuchacza, a raczej fizykę. Bo reakcje typu „i TO tak gra?!” są u mnie powszechne.

Na koniec mam jeszcze małe życzenie do kolejnych wersji oprogramowania — limit głośności. Skoro bowiem tak często słucham muzyki w dolnym zakresie natężenia tego głośniki, to chciałbym zobaczyć w opcjach możliwość ograniczenia głośności to poziomu np. 40%, żeby zyskać precyzję w ustawianiu odpowiedniej wartości za pomocą paska na zablokowanym ekranie telefonu czy w Control Center. Bo skoro praktycznie nie używam zakresu 50–100%, to po co cała prawa część tego „suwaka” ma się marnować? A zmiana z np. 8 na 12% bez poproszenia o to głosem jest prawie niemożliwa.

Wspominałem też , że opowiem o małym obejściu dla Spotify — potrzebny jest skrót do aplikacji Shortcuts, który korzystając z tego, że iOS zapamiętuje ostatnio wybrany głośnik w aplikacji Music, na ułamek sekundy uruchamia odtwarzanie w niej właśnie, zatrzymuje je, a następnie przechodzi do Spotify, w którym ten sam głośnik jest już wybrany. U mnie ten skrót nazywa się „Spotify”, więc za każdym razem gdy powiem „Hey Siri, Spotify”, HomePod uruchomi skrót na moim telefonie, więc wystarczy, że go odblokuje i mam przed sobą Spotify z HomePodem wybranym jako głośnikiem, na którym będzie odtwarzane cokolwiek włączę.

Podsumowanie

Kilkukrotnie zaczynałem to zdanie od „jakość dźwięku z HomePoda”, ale to nie do końca oddaje to, o czym chciałbym napisać. Lepszym wydaje mi się „sposób, w jaki HomePod odtwarza muzykę”. Zatem; sposób w jaki HomePod odtwarza muzykę jest wyjątkowy i to nie tylko biorąc pod uwagę jego wielkość (i ogólną, niegłośnikową aparycję), ale także cenę. I żeby to zrozumieć, odciąłem się na chwilę od swojego użycia i ogólnie technologicznego światka i przeanalizowałem w głowie sprzęty, jakie zajmują się odtwarzaniem muzyki u swoich znajomych. U prawie wszystkich, zestawy są droższe niż HomePod, a jednak u nikogo nie brzmi tak, jak z niego. Nie są nawet blisko.

I, oczywiście, może to być kwestia złych zakupowych decyzji, ale jeśli spojrzeć na konkurencyjne produkty, to blisko są jedynie Google Home Max (którego nie słuchałem) i Sonos Play:5 (żona ma w biurze „jedynkę” i „trójkę” i oba stawiam dużo niżej niż HomePoda), z tym, że ten ostatni jest droższy od głośnika Apple aż o 40%, a sam w sobie nie zapewnia obsługi „asystenta głosowego”. A nawet gdyby miał, to dochodzi jeszcze aspekt prywatności — nie wyobrażam sobie postawić w domu słuchającego mnie produktu Google czy Amazonu, nie mając pojęcia kiedy i czego słucha. W tej kwestii dbanie o prywatność (i otwartość w tej materii) przez Apple ma dla mnie duże znaczenie.

Jednocześnie jest to jednak produkt, który ciężko polecić. Brak obsługi Siri w języku polskim skreśla go u większości osób, które znam. Obsługa wyłącznie z produktów marki Apple byłaby być może do przełknięcia, ale brak natywnej obsługi Spotify — już trudniejszy do usprawiedliwienia. A jako hub do HomeKit — swoista furtka do łatwej „automatyzacji domu” — jest zwyczajnie za drogi. Kto nam więc pozostaje? Ci, którzy tak czy inaczej mają u siebie urządzenia Apple, posługują się językiem angielskim i lubią dobry dźwięk, a nie mają miejsca lub warunków na inne głośniki lub po prostu nie chcą zawracać sobie głowy ich wyborem, konfiguracją, ustawieniem itp. To niewielki target, przyznaję. Przynajmniej aktualnie.

Spojrzenie na historię urządzeń Apple pozwala mieć nadzieję, że „testujemy” pierwszą wersję urządzenia, które z czasem będzie mogło zdefiniować dany segment rynku. Pierwszy iPod, iPhone czy Apple Watch też były ograniczone. Też znajdowaliśmy w nim wady i braki, ale wszystkie one dojrzały, stając się z czasem produktami kompletnymi. Na obecnym etapie HomePodowi do tego dość daleko. A jeśli równolegle ze zmianami w oprogramowaniu, zarówno tymi przynoszącymi nowe funkcje, jak i uzupełniającymi braki, pojawi się np. HomePod mini — oferujący wprawdzie mniejszy dźwięk, ale tę samą funkcjonalność za jeszcze mniejsze pieniądze, być może więcej osób będzie skłonnych sprawdzić jak to wpływa na ich codzienność (przy okazji; ja z kolei nie miałbym nic przeciwko posłuchaniu wersji HomePoda w wersji Plus/Max czy jakkolwiek miałby być nazwany — skoro to maleństwo potrafi tak grać, to co by było, gdyby ta sama technologia pojawiła się w np. dwukrotnie większym głośniku).

To, co jednak już cieszy mnie już teraz, to fakt, że bez względu na to jak potoczy się historia zmian oprogramowania, sprzęt, który stoi u mnie na blacie, nie zmieni się. Zawsze już będzie grał tak dobrze, czarując z dźwiękiem w sposob podobny, w jaki fotografia obliczeniowa w iPhone’ie potrafi wygenerować obraz bliski temu, do czego zwykle potrzebny był duży aparat, z dużą matrycą i dużym obiektywem.

Zanim więc możliwości głosowego asystenta będą przypominać te znane z filmu „Her”, ja będę cieszył się bardzo przyjemnym tłem dźwiękowym w swoim mieszkaniu, wspólnie z domownikami. Na dowód tego, chciałbym Wam coś pokazać. Odkąd tu mieszkamy, na ścianie w kuchni wisi ramka. Początkowo był w niej napis „But first, coffee”. Kilka lat temu zmieniliśmy go na „Happiness is easy”, a obecnie jest w niej „This kitchen is for dancing”.

Wydaje mi się, że to ładnie podsumowuje wpływ HomePoda na naszą codzienność.

recenzje sprzętuaudioinnehomepodApplecudawianki_2018à propos piątku: sprzęt domowy

dyskusja