B&O H6

Miłosz Bolechowski

czas czytania: 18 min

Poniżej możecie przeczytać co nieco o słuchawkach. W tekście będę się odnosił do pewnych utworów muzycznych, które — podobnie jak w przypadku opisu B&O H5 dwa lata temu — umieściłem w playliście, zarówno w Apple Music, jak i Spotify. Jeśli więc chcielibyście posłuchać ich w tle do czytania, proszę bardzo: Apple Music | Spotify

Zawsze wiedziałem, że pisanie o swoich wrażeniach odsłuchowych nie jest łatwe. Ich publikacja jest jednak jeszcze trudniejsza. Przekonałem się o tym, gdy dwa lata temu napisałem o słuchawkach B&O H5. Część osób zgadzała się z moją opinią, niektórzy nawet zakupili ten sam model i — jak ja — używają do dziś. Była też druga grupa odbiorców; miesiącami po publikacji otrzymywałem komentarze, których autorzy próbowali przekonać mnie, że w swoich osądach nie mam racji i, że ich słuchawki (tu każdy podawał swój model) za 1/6 czy 1/8 ceny H5 „grają milion razy lepiej”. I, jak wiadomo, każdy ma prawo do swojej opinii (a ja swojej nie broniłem nawet w połowie tak zaciekle, jak niektórzy komentujący), a w przypadku wrażeń odsłuchowych — które są przecież ekstremalnie subiektywne — tym bardziej. Na koniec pogratulowałem więc wszystkim oszczędzenia kilkuset złotych i wróciłem do słuchania muzyki. Już wtedy wspominałem jednak, że choć H5 zaspokoiły wszystkie moje potrzeby związane ze słuchaniem muzyki poza domem, to nadal szukam czegoś odpowiedniego właśnie do niego. I, bynajmniej, nie jestem w tej materii amatorem — przez lata używałem wielu par słuchawek (w tym flagowców Sennheisera), jeszcze więcej miałem okazję posłuchać w różnych, czasem horrendalnie drogich konfiguracjach. Nie licząc krótkiej przygody z Sennheiserami HD 280 Pro (które już wtedy były tylko drugą parą i których nigdy nie polubiłem), wszystkie używane przeze mnie słuchawki miały konstrukcję otwartą. Była to świadoma decyzja, bo cechy takich słuchawek (czyli w dużym uproszczeniu; są znacznie mniej uniwersalne w kwestii używania na co dzień, ale oferują lepszy dźwięk) bardziej odpowiadały moim oczekiwaniom, a przez fakt, że i tak najczęściej słuchałem ich, będąc w domu samemu, to ich wady (czyli to, że inne osoby w pomieszczeniu wyraźnie słyszą wydobywający się z nich dźwięk) nie przeszkadzały mi w żaden sposób. Moja sytuacja życiowa uległa jednak zmianie i korzystanie ze słuchawek otwartych przestało być opcją w większości przypadków.

Zacząłem więc rozglądać się za konstrukcjami zamkniętymi, będąc ciekawym, co zmieniło się przez ponad dekadę, od kiedy miałem kontakt z jakimkolwiek przedstawicielem tej grupy. Nie przeczę, że sympatia do marki B&O sprawiła, że to właśnie od niej zacząłem swoje poszukiwania, tym bardziej że miałem w pamięci wspaniałe opinie dotyczące modelu H6. Będąc jednak zadowolonym z bezprzewodowych H5, postanowiłem spróbować najpierw modeli pozbawionych kabelka (głównie ze względu na brak gniazda minijack w telefonie), więc posłuchałem zarówno H7, jak i H8 (H9 jeszcze wtedy nie było). Obie pary brzmiały dobrze, ale żadna na tyle, żebym zdecydował się na zakup — to po prostu nie było to i w obu przypadkach chodziło głównie o dolną część pasma. Była wyeksponowana w sposób, jakiego nie lubię — tak jakby miała wywołać efekt „wow” podczas pierwszego odsłuchu, a mam w tej materii zbyt duże doświadczenie, żeby nabrać się na takie zabiegi. Po sprawdzeniu kilku innych par, których przytaczanie tu na niewiele by się zdało, zdecydowałem się wrócić do słuchawek przewodowych, na pierwszy ogień biorąc wspomniany model H6 drugiej generacji. Czas nie mógł być lepszy — B&O zakończyła produkcję tego modelu chwilę wcześniej i polski dystrybutor wyprzedawał ostatnie egzemplarze. Zamówiłem więc.

Przez pomyłkę logistyczną, dotarła do mnie czarna para pierwszej generacji, co tak naprawdę wyłącznie mnie ucieszyło, bo pozwoliło na porównanie — nie bezpośrednie, ale jednak — obu modeli. Skontaktowałem się z dystrybutorem, żeby dowiedzieć się, co muszę zrobić, żeby otrzymać model, który faktycznie zamówiłem. Okazało się, że ze względu na trwającą wyprzedaż ostatnich egzemplarzy, magazyn nie dysponuje już modelem drugiej generacji w kolorze czarnym. Mogłem więc albo zostawić sobie czarne H6 gen. I i otrzymać zwrot części płatności, albo zamienić na — ponoć ostatnie w kraju — jasne (kolor „Natural”) H6 gen. II.

Zdecydowałem się na wymianę i …choć w pierwszych dniach nie byłem przekonany do tego koloru (wydawał mi się za bardzo …brzoskwiniowy, różniący się od tego, co przedstawiały zdjęcia na stronie internetowej czy chociażby nadruk na opakowaniu), to teraz bardzo bym żałował, gdybym jednak miał nudne, czarne nauszniki.

Budowa

Pierwszym zaskoczeniem po wyjęciu ich z pudełka była ich waga — pamiętałem, że są lekkie, ale nie, że aż tak. 230 gramów zapowiada możliwość długich odsłuchów bez uczucia zmęczenia. W kwestii jakości wykonania obyło się bez niespodzianek — skóra, metal, obszycia; wszystko nie pozostawia wątpliwości, że ma się kontakt z produktem klasy premium.

Z zewnątrz słuchawki wykończone są bardzo eleganckim kawałkiem aluminium, który mieni się, przyciągając wzrok. Same nauszniki wykonane są z tak miękkiej skóry, że wydają się nie pasować do tego, co zwykle się myśli, słysząc „skóra”. Podobnie z ich wypełnieniem; cokolwiek tam jest, robi świetne wrażenie i zapowiada długie godziny odsłuchu bez uczucia zmęczenia. Po stronie zewnętrznej pałąk obszyty jest jasną skórą, ale część, która dotyka głowy to już welur (co dla mnie jest dużym atutem). Za to absolutnie najlepszą częścią, jeśli chodzi o ich wykonanie, są ramiona wychodzące z pałąka — te, które pozwalają na regulację ułożenia słuchawek na głowie. Wychodzą i chowają się tak płynnie, że ich zdjęcia powinny wyświetlać się w Google Images po wpisaniu „smooth” w polu wyszukiwania.

Nauszniki są okrągłe, co w audiofilskiej części świata jest już pewną podstawą do skreślenia tych słuchawek, bo przecież nasze uszy mają inny kształt, więc ten idealny okrąg nie ma szans idealnie się dopasować. I choć — nie licząc jednej pary nausznych Grado, którą kiedyś miałem — są to moje pierwsze okrągłe słuchawki, nie podzielam tej opinii. Tym bardziej że płaska powierzchnia wewnątrz (pod „maskownicą” z nadrukowanym „L” i „R”) wcale nie jest równoległa do krawędzi zewnętrznej, a odchylona na tyle, żeby ucho (a właściwie ta bardziej odchylona część małżowiny usznej) mogło wygodnie się zmieścić.

To, co bardzo mnie ucieszyło to możliwość składania słuchawek na płasko — takich nigdy nie miałem, przez co transport słuchawek zawsze był utrudnioną sprawą. Nauszniki obracają się tylko w jedną stronę i to …tę złą. Przynajmniej dla mnie. Już tłumaczę; po ściągnięciu słuchawek z głowy, gdy trzymam prawą część w prawej ręce, a lewą w lewej nauszniki obracają się w stronę „do mnie” (tak, że widzę wspomniane „L” i „R” w ich wnętrzach), zatem, żeby odłożyć je na biurku, na płasko, muszę obrócić całe słuchawki.

Nie traktuję tego jednak jako błędu projektowego, bo domyślam się, że tyczy się on po prostu mojego sposobu ich użycia. Gdybym bowiem używał ich jako słuchawek „mobilnych”, pewnie cieszyłbym się z tego kierunku ich obrotu, bo ściągając je z głowy, obracałbym nauszniki, kładł pałąk na karku, a słuchawki błyszczałyby wówczas swoim logo pod moją szyją — domyślam się, że właśnie tym kierował się producent i ciężko mu się dziwić.

I wracając na moment do kwestii odkładania ich na biurku — oczywiste jest, że chcę je odkładać na „poduszkach”, żeby nie porysować tych aluminiowych, zewnętrznych powierzchni. Mimo to — choć nie wiem kiedy — udało mi się zrobić na nich kilka rys i to (dosłownie) w dzień po wykonaniu większości zdjęć do tego tekstu. Jest to więc, niestety, możliwe. Nie razi mnie to jakoś bardzo, zwłaszcza że widoczne jest wyłącznie pod pewnym kątem, ale jednak jest.

W opakowaniu — poza samymi słuchawkami — było również etui do transportu (nie jest sztywne, więc to raczej miękki, welurowy worek) oraz przewód z pilotem. Przewód jest odpinany, bo H6 mają gniazdo w obu nausznikach, zatem można go sobie przepinać między lewą a prawą, w zależności od potrzeb (z czego myślałem, że nie będę korzystał, a zmieniam miejsce wpięcia przewodu niekiedy kilka razy dziennie — wspaniała sprawa!).

Drugie — to akurat nieużywane — gniazdo pozwala również na podłączenie drugiej pary słuchawek do „szeregowego odsłuchu” (tego z kolei nigdy nie użyłem). Sam przewód nie robi tak dobrego wrażenia, jak pozostałe komponenty — jest wprawdzie przyjemnie giętki, ale jakoś nie pasuje mi do klasy samych słuchawek, jest coś „plastikowego” w kontakcie z nim, co potęguje właśnie plastikowy pilot oraz tuleje przy wtyczkach. Jest też dość krótki — na tyle, że stojąc przy swoim biurku, nie sięgam do gniazda słuchawkowego w Maku Pro, stojącym pod nim. To tylko udowadnia, że są one kierowane głównie do użytkowników urządzeń mobilnych. Jeśli ktoś myślałby jednak o wymianie go na inny (lepszy/dłuższy), to należy pamiętać, że gniazdo w samych słuchawkach umieszczone jest w takim miejscu, że większość standardowych wtyków się nie zmieści (są zwyczajnie zbyt grube). B&O oferuje wprawdzie dłuższą wersję tego samego przewodu jako akcesorium, ale sam zdecydowałem się na inną opcję (więcej o tym niżej).

Wygoda

Zacznę przewrotnie; jeśli ktoś kiedyś powie Wam, że któreś słuchawki są tak wygodne, że nie ma znaczenia czy nosicie okulary, czy nie — kłamie. Noszę okulary, dużo słucham w słuchawkach, więc swoje cierpię.

Powiedziawszy to; B&O H6 są najwygodniejszymi słuchawkami, jakie miałem. I choć do odsłuchów dla przyjemności (tych w fotelu, kiedy nie robię niczego innego) ściągam okulary, to bez trudu „wytrzymuję” w nich 3-godzinne sesje przy komputerze. Po takim czasie nadal nie jestem nimi zmęczony; nie jest tak, że po ich ściągnięciu czuję przyjemną ulgę (a miałem tak z kilkoma innymi parami w przeszłości).

Brzmienie

Przechodząc jednak do brzmienia — bo to jest tu najważniejsze, prawda? — najbardziej obawiałem się nadmiaru basu. To na tym skupiała się większość tych — powiedzmy — bardziej audiofilskich recenzentów. A jako ktoś, kto miał kiedyś Sennheisery HD 500 (pierwszej generacji), bardzo dotkliwie przekonałem się, co oznacza „nadmiar niskich tonów”. W przypadku B&O H6 nie ma jednak mowy o przesadzie w tym zakresie. Ale od początku.

Pierwszego dnia nie spodziewałem się niczego wyjątkowego. Nie jestem może żarliwym wyznawcą teorii wygrzewania głośników, ale jednak staram się nie wydawać żadnych opinii na temat nowego sprzętu audio w pierwszych godzinach jego pracy, wierząc, że przecież każdy materiał podlegający naprężeniom czy innym oddziaływaniom mechanicznym może się w mniejszym lub większym stopniu „wyrobić”. Dlatego pierwszego wieczora chwyciłem książkę, usiadłem w fotelu i pozwoliłem im grać, gdy miałem je na głowie. Bardziej po to, żeby sprawdzić na ile będą wygodne niż to, jak grają. Nic z tego nie wyszło, bo dźwięk co chwilę przerywał mi czytanie — odkładałem książkę, żeby się wsłuchiwać. I nawet nie dlatego, że słyszałem więcej niż wcześniej (HD 650 wysoko podniosły poprzeczkę w tej materii), a dlatego, że grały tak przyjemnie i wciągająco.

Drugiego dnia nie miałem czasu na słuchanie muzyki; miałem wieczorne spotkanie, z którego wróciłem dość późno, a że następnego dnia wstawałem o 5:00 rano, uznałem, że nawet ich nie dotknę. Wcześniej jednak wyciągnąłem spod łóżka część swojej płytowej kolekcji, w której znajdowała się m.in. „Amused to Death” Rogera Watersa. Bardzo byłem ciekaw, jak ona zabrzmi, bo znam tę płytę bardzo dobrze. „Jeden utwór” – pomyślałem – „Jeden utwór i idę spać”. Włożyłem płytę do napędu i zanim zdążyłem zdecydować czy wolę „Three Wishes” czy „It’s a Miracle” zaczął się pierwszy utwór. Nie potrafiłem przerwać tego, co słyszałem.

70 minut później zdjąłem słuchawki.

Znałem tę płytę i nie chcę używać tu popularnego frazesu, mówiącego o tym, że usłyszałem dźwięki, których wcześniej nie słyszałem. Bo nie w tym rzecz. Po prostu to, co usłyszałem, zabrzmiało …bardziej. Delikatne dźwięki były bardziej subtelne. Te bardziej dobitne – mocniejsze.

Jeśli jednak miałbym określić charakter ich brzmienia, to po tym odsłuchu wpisuję na listę „nieco ciemniej niż się spodziewałem” i — zgodnie z obawami sprzed zakupu — „gdyby była choć odrobina więcej dołu, to byłoby dla mnie za dużo”.

Dużo zależy jednak od repertuaru. Bo choć w utworze „Jak Bonnie i Clyde” Anity Lipnickiej stopa perkusji rzeczywiście mogłaby zabrzmieć nieco subtelniej (a pewnie tego życzyłby sobie realizator dźwięku), to — przynajmniej w mojej bibliotece — jest to jeden z nielicznych wyjątków. W koncertowym „Black Magic Woman” Patricii Barber, gdzie przecież bębny i perkusja odgrywają główną rolę, wcale tego basu nie ma za dużo. Podobnie w np. „High Hopes” Pink Floydów — również niczego nie zmieniłbym w tym, jak to tutaj brzmi. Tak samo dobrze sprawdza się repertuar jazzowy — moje ulubione tria wcale nie narzekają na nadmiar niskich tonów; Mammal Hands, GoGo Penguin, Espen Eriksen Trio, Tingvall Trio, Esbjörn Svensson Trio — wszystkie brzmią wspaniale. Pomaga temu fakt, że bas w H6 jest naprawdę szybki i bardzo dobrze kontrolowany — utwór „Stomp” Bena Frosta czy „Hatchet” zespołu Archive są bardzo dobrymi przykładami, które to udowadniają.

Idąc w górę pasma częstotliwości pora na dolną średnicę, czyli różnie definiowany hercami zakres przejścia między basem a średnicą, i — jeśli już musiałbym się do czegoś przyczepić w brzmieniu H6 — to właśnie do niej miałbym uwagę. Jest ona delikatnie wycofana, przez co męskie wokale brzmią nieco gorzej niż żeńskie. „Zauważyłem” to dość szybko, przesłuchując albumy „Audiohpile Female Voices” oraz „Audiophile Male Voices” jeden po drugim. Jednak i od tego bywają wyjątki — James Arthur w nagranej na żywo akustycznej wersji utworu „Can I Be Him” brzmi tak, że zdarza mi się słuchać tego wykonania kilkukrotnie z rzędu.

Za to żeńskie wokale… tu ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Nie ma tu przesadnej ekspozycji tego zakresu, sztucznego przybliżania wokalistki ani żadnych tego typu zabiegów. Pozwalają słuchaczowi zdecydować czy woli bardziej się skupić na wokalu, czy sekcji instrumentalnej (w czym bardzo pomaga także ich rozdzielczość, o której za moment). A same wokale — zwłaszcza przy odpowiedniej barwie śpiewającej — potrafią zabrzmieć spektakularnie. Aga Zaryan, Inger Marie Gundersen, Cassandra Wilson czy wczesne nagrania Nory Jones — wszystkie brzmią bajecznie.

Na górną część pasma jestem z kolei szczególnie wyczulony — każde zbyt jasno czy zbyt ostro grające słuchawki odrzucam momentalnie, bo całkowicie odbiera mi to przyjemność ze słuchania muzyki. Skoro jednak opisywane słuchawki są ze mną od tak dawna, to pewnie się domyślacie, że nie wykazują one żadnej z powyższych cech. To by jednak było za mało, żeby oddać im sprawiedliwość. B&O H6 mają najprzyjemniejsze wysokie tony, jakie kiedykolwiek słyszałem w słuchawkach. Kropka. Gwiżdżący Livingston Taylor w „Isn’t She Lovely” brzmi tak gładko, jak tylko można sobie tego życzyć. Tak przyjemnej „Bukowiny” z albumu „Bosa” Anny Marii Jopek też nie przypominam sobie na żadnej innej parze słuchawek.

Pomimo tego, że ich charakterystyka nie jest całkowicie liniowa, jest w tym dźwięku coś niezwykle angażującego — nawet teraz, pisząc ten tekst i sprawdzając, czy przykłady utworów, które przychodzą mi na myśl, rzeczywiście eksponują cechy, o których mówię, przesłuchuję całe utwory i nie mogę się oderwać. Czuję się też w obowiązku nadmienić, że ta ich nieliniowość jest subtelna — fortepian Bugge Weseltofta w „Du Grønne, Glitrende Tre” wciąż brzmi delikatnie i niesamowicie przyjemnie.

To, czego się najbardziej obawiałem przy przejściu na słuchawki zamknięte to dużo mniejsza przestrzeń, jaką są w stanie zapewnić — taki urok konstrukcji. Okazało się jednak, że nawet w połowie nie było tak źle, jak podejrzewałem. Scena, owszem, nie jest może bardzo szeroka (w tej materii jest to dla mnie swego rodzaju regres), ale szybko do niej przywykłem. Było to o tyle łatwe, że H6 rekompensują to separacją instrumentów i ich projekcją na scenie, która zdaje się być nie z tego świata. Zdarzało mi się słyszeć słuchawki (a właściwie zestawy), które w tej materii wypadały podobnie, ale kosztowały wielokrotnie więcej. Jeśli ktoś z Was będzie miał kiedyś okazję posłuchać na nich np. utwór „Letter” Yosiego Horikawy, koniecznie to zróbcie, a będziecie wiedzieli dokładnie, co mam na myśli. Aż dziw bierze, że żadna z recenzji, z którą się spotkałem, nie wspomniała o tym ani słowem. Gitarowe trio Ala di Meoli, Johna McLaughlina i Paco de Lucii z nagranego na żywo „Friday Night in San Francisco” czy „Pig Inside The Gentleman” kwintetu Contemporary Noise Quintet również eksponują tę ich cechę w sposób, który zwyczajnie daje dużo frajdy. Ta ich rozdzielczość powinna przypaść do gustu jednak nie tylko fanom muzyki akustycznej. Ambientowy „Theory of Machines” Bena Frosta nie jest tu zlepkiem dziwnych szumów — każdą warstwę słyszy się oddzielnie.

Istotną sprawą dla mnie była również izolacja od otoczenia — w końcu właśnie po to zmieniałem słuchawki na zamknięte. Recenzje w tej materii bardzo się od siebie różniły, a dodatkowo niepokoił mnie fakt, że Sennheisery HD 280 Pro, o których wspominałem wcześniej, były w tym naprawdę dobre — wiedziałem więc, że nawet podświadomie będę je ze sobą porównywał. Na szczęście, H6 wychodzą z takiego porównania obronną ręką, bo — na moje, domowe potrzeby — wygłuszają wspaniale. Dużo lepiej niż się spodziewałem, bo nie sądziłem, że będę mógł swobodnie pracować, gdy synka odwiedzają jego koledzy i piętro niżej (choć bez oddzielenia żadnymi drzwiami) biega trójka kilkulatków. Albo, że będę mógł słuchać muzyki w łóżku, gdy oboje z Żoną czytamy — przy „normalnym”, rozsądnym poziomie głośności, druga osoba, mimo że jest raptem kilkadziesiąt centymetrów obok, nie słyszy żadnych dźwięków wydobywających się z słuchawek. To od początku było dla mnie sporym zaskoczeniem — pamiętam jak w jeden z pierwszych dni posiadania tych H6, zostałem późnym wieczorem sam z synkiem. Pierwsza myśl: „Dziś sobie nie posłucham” — przecież to słuchawki zamknięte; co jeśli się obudzi, a ja go nie usłyszę? Druga myśl: „Ale zaraz… to, że one są zamknięte działa przecież w obie strony. A tam jest tak wygodny fotel…”. Nie muszę mówić, gdzie spędziłem tamten wieczór, prawda?

Należy jednak pamiętać, że nie jest to żadna aktywna redukcja szumów i nie sposób tej oldschoolowej, opartej wyłącznie na użytych materiałach izolacji porównywać z jakimkolwiek aktywnym systemem. Wprawdzie miałem okazję kilkukrotnie posłuchać H6 w metrze, autobusie i innych warunkach dalekich od ideału i choć dla mnie zapewniane przez nie „odcięcie” od otoczenia nadal było wystarczające, to jednak nie bierzcie tej opinii za bardzo do siebie. Nie używam ich w ten sposób na co dzień (może wówczas miałbym większe wymagania) oraz nigdy nie miałem słuchawek z aktywną redukcją szumów dłużej niż przez kilka minut, więc niemal zupełnie nie mam doświadczenia w tym aspekcie.

Osprzęt

Większość powyższych wrażeń dotyczy słuchawek podłączonych do wyjścia słuchawkowego we wzmacniaczu Yamahy z zestawu PianoCraft (R-840, żeby być dokładnym) lub podłączonych bezpośrednio do komputera, gdzie źródłem najczęściej były pliki ALAC (płyty audio zripowane do iTunes w możliwie bezstratny sposób).

Nie dysponuję więc żadnym wzmacniaczem słuchawkowym do nich — przyznaję, że miałem to w planie, ale gdy zorientowałem się, jak łatwe one są do napędzenia (iPhone radzi sobie z nimi bez żadnego trudu), odłożyłem to na bliżej nieokreśloną przyszłość. Bo choć wciąż wierzę, że przyniesie to poprawę, to będzie ona pewnie mniejsza niż przy bardziej wymagających słuchawkach. Zdecydowałem się jednak wymienić przewód — mój wybór padł na kabelek z małej, brytyjskiej manufaktury Sounds Heavenly, która od kilkunastu lat specjalizuje się w tworzeniu lepszych wersji przewodów i akcesoriów głównie do marki B&O właśnie.

Przewód ma długość dwóch metrów, metalowy oplot i pozłacane wtyki. I choć nie jestem fanem tej metalowej, plecionej „osłonki”, która sprawia, że przewód jest dość sztywny i przenosi dźwięk przy kontakcie z innymi płaszczyznami (gdy np. słucham muzyki w fotelu, przewód opiera się o podłokietnik, a ja ruszę głową na tyle, że pociągnę przewód, to usłyszę, jak ociera on o obicie fotela), to poprawa dźwięku jest wyraźna i z pewnością warta tych kilkudziesięciu złotych.

Chciałbym jednak zaznaczyć w tym miejscu bardzo ważną rzecz; zadbanie o dobre źródło, odpowiednie wzmocnienie i przewód oczywiście poprawia jakość dźwięku, a tym samym wrażenia, jakich można się po nim spodziewać, ale to wcale nie znaczy, że tylko w takiej konfiguracji można używać H6. Druga generacja tego modelu poprawiła właśnie ten aspekt, tj. łatwość napędzenia ich smartfonem.

Zatem podłączone do iPhone’a czy iPada (pilot na dołączonym przewodzie nie obsługuje urządzeń z Androidem), odtwarzającego muzykę z Apple Music czy Spotify brzmią …naprawdę niewiele gorzej. Wciąż znakomicie. Sam używam ich w ten sposób, gdy piszę. Innymi słowy; nawet gdyby miały być używane wyłącznie w takim zestawie, wciąż spiszą się świetnie.

A może jednak bezprzewodowe?

Jak wspomniałem na początku, próbowałem w międzyczasie innych modeli spod szyldu B&O, tych już bezprzewodowych. Żadne nie zagrały jednak tak przyjemnie, jak H6 — we wszystkich, które słyszałem basu, było jednak dla mnie za dużo i był on zbyt przytłaczający. Poszperałem co nieco, żeby dowiedzieć się, dlaczego tak jest, tj. co stoi na przeszkodzie stworzenia bezprzewodowych „haszóstek”. Natrafiłem na artykuł z The Verge, w którym Vlad Savov — znany recenzent słuchawek z tamtejszej redakcji — bezpośrednio zapytał o to Geoffa Martina, osobę zajmującą się tym jak powinny brzmieć dane konstrukcje w B&O. W odpowiedzi usłyszał, że nie ma żadnych technicznych przeciwwskazań — po prostu producent wychodzi z założenia, że charakterystyka modelu H6 nie sprawdzi się w warunkach dalekich od ideału, jak chociażby metro czy samolot. Stąd ta dodatkowa porcja niskich tonów, które mają wytłumić niepożądane dźwięki z zewnątrz. To, oczywiście, ma sens i prawdopodobnie zadowolonych z takiej decyzji jest wielu — wszak modele H7, H8 i H9 mają swoją rzeszę fanów. Domyślam się, że takich jak ja, którzy nie potrzebują słuchawek do metra, a chcieliby w domowym zaciszu posłuchać tak samo przyjemnego dźwięku, nie będąc ograniczonym przewodem, jest zbyt niewielu, żeby producent stworzył taki model. Jeśli jednak kiedyś zmieni zdanie, będę tu czekał, w międzyczasie godząc się na przewód, bez ani jednego słowa skargi.

Podsumowanie

To być może nie są słuchawki stricte audiofilskie, ale zupełnie o to nie dbam. Żadne inne nie dawały mi tyle przyjemności ze słuchania muzyki, co te, a to — jak się okazało — jest dla mnie najważniejsze. Jeśli więc i Wam zdarza się posłuchać muzyki (jako czynności, a nie czegoś, co dzieje się w tle) na „dużych” słuchawkach i czerpiecie z tego przyjemność, mając okazję posłuchania B&O H6 — skorzystajcie z niej. Pamiętam, że jednymi pierwszymi przymiotnikami, jakie wpisałem do swoich notatek o tych słuchawkach były „przyjemnie i wciągająco”. Uśmiecham się dziś, widząc tę kartkę w notatniku, bo te dwa słowa niemal w całości opisują brzmienie tych słuchawek i wrażenia płynące z ich używania.

Podsumowując; tak, polecam Wam słuchawki, które od co najmniej roku nie są produkowane, i które są coraz trudniej dostępne w sklepach. Z jednej strony czuję się wobec Was trochę nie fair, ale z drugiej — jest to całkowicie spójne z dwoma założeniami tej strony; nie rekomenduję produktów, tylko dlatego, że są nowe i bardziej błyszczące oraz dzielę się swoimi opiniami dopiero po długim czasie używania, gdy jestem przekonany, że poznałem produkt.

Na koniec kwestia ceny; gdy H6 były jeszcze w sprzedaży kosztowały 1300 zł. Wiem, że to nie jest niska kwota, ale w moim odczuciu stosunek ceny do szeroko pojętej jakości (bo dotyczącej zarówno wykonania, użytych materiałów, dźwięku czy nawet wyglądu) jest wyjątkowo dobry. Każde lepsze (i tu wprawdzie każdy musi zdefiniować, co znaczy „lepsze” dla niego) słuchawki będą kosztowały dużo więcej niż te. A gdy czasem spotykam na allegro aukcje z nowymi, nierozpakowanymi egzemplarzami znalezionymi pewnie gdzieś w magazynie podczas inwentaryzacji, które sprzedawane są przez sklepy audio za ok. 800 zł, to uważam, że to prawdziwa okazja (za podobną kwotę wciąż są dostępne w niemieckim Amazonie, gdyby ktoś reflektował).

Wspomniałem, że słuchawki lepsze niż B&O H6 kosztowałyby dużo więcej od nich; wierzcie mi, nawet nie zaglądam w tamte rejony. Nie potrzebuję lepszych słuchawek w swoim życiu. Jeśli więc dowiecie się, że kupiłem kiedyś słuchawki inne niż „bezprzewodowe H6” (zakładając, że takie kiedykolwiek się pojawią), to możecie uznać to za moją konsumpcyjną porażkę i jednocześnie możecie być pewni, że „ja dziś” jestem rozczarowany „sobą z przyszłości”.

recenzje sprzętuaudiosłuchawkicudawianki_2018

dyskusja